+enc

europejska sieć wspólnot chrześcijańskich

Bratysława 2003


Konferencja druga

Rick Olmstead



(Modlitwa)

Panie, ty jesteś najlepszym nauczycielem. Chodzi tutaj o Ciebie i Twoje Królestwo. Jesteśmy teraz razem, słuchając razem, ale każdy przychodzi z innych okoliczności. Zabierz nas z tego miejsca, gdzie się znajdujemy. I prowadź nas o krok dalej. W imię Jezusa. Amen



Zespół. Co znaczy zespół? Wielu ludzi, kiedy mówi o drużynie, zespole, myśli o kościele, o biznesie. Chcę rozpocząć od pewnej definicji — będzie to potrzebne. Możecie to pisać. Jest to grupa ludzi działająca w wyraźnie określonych wspólnych celach — ogólnie uzgodnionych. Nie jest to grupa pracująca nad różnymi rzeczami.

Praca zespołowa w tym kontekście jest to zdolność wspólnej pracy nad pewną wizją. To jest kluczem. Chodzi o wiarę, że możemy zrobić więcej razem, niż robimy to indywidualnie. Wielu ludzi nie wierzy w to. Starają się robić wszystko sami. Są bardzo niezależni w swoim myśleniu. Chcę tutaj postawić wam prowokującą tezę. Że jeżeli sami robicie to, co robicie, to niewiele osiągniecie. Jeżeli nawet jesteście częścią jakiejś grupy, ale jesteście w tym sami, to też niewiele w ten sposób osiągniecie.

Kiedy myślę o zespole, to myślę o zespole na każdym poziomie. Na przykład zespole ludzi wewnątrz wspólnoty lokalnej. Myślę także o zespole jako o liderach różnych wspólnot spotykających się razem. Myślę też o zespołach, takich jak +enc, kiedy tak, jak w tym tygodniu ludzie spotykają się w jednym miejscu.

Powiedziałem dzisiaj rano, że każdy zespół potrzebuje lidera. I odwrotnie: lider potrzebuje zespołu. Ale nie dość, że zespół potrzebuje lidera, to lider ten musi być z jakąś wizją. Największym problemem jest czasem, że ludzie spotykają się razem, ale nie mają wizji. W takim razie pytanie do was — jeżeli jesteście zespołem, w jaką grę gracie? Po co w ogóle ten zespół istnieje? Dlaczego istnieje? Po co? Jeżeli ma osiągnąć jakiś cel, to jak ma wyglądać ten cel? Sądzę, że jak się nie ma wizji, to po co w ogóle zespół? Jak się nie ma wizji, to po co w ogóle być liderem, przywódcą? Więc jeżeli mówię o zespole, to muszę też pytać: jaka jest wasza wizja? Bez wizji, jakiegoś celu, to, co robicie nie ma sensu.

Rozmawiałem z niektórymi ludźmi podczas przerwy. Była wspaniała dyskusja. Jeżeli jesteście częścią pewnej wspólnoty i celem tej wspólnoty jest wspólnota, to jest to po prostu śmierć. Były takie grupy i wspólnoty, które spotykały się i nadal spotykają się razem, ale są martwe, ponieważ nie mają żadnej wizji.

Są dwie postawy, które zabijają zespół. Jest taka postawa u niektórych — „ja jestem niepotrzebny, po co ja jestem tutaj, poradzicie sobie beze mnie”. A druga postawa jest taka — „ja was nie potrzebuję”. I bardzo trudno jest przezwyciężyć takie postawy.

Pomówmy o tej pierwszej. W 1Kor 12, 15: Paweł używa analogii ciała ludzkiego mówiąc o wspólnocie. Jeśli noga powie, że nie jest ręką, więc nie należy do ciała — czyż nie należałaby do ciała? Gdyby ucho powiedziało: ponieważ nie jestem okiem, czyż nie należałoby do ciała? Tak, czy inaczej - byłyby dalej częścią ciała. Powtarzam to ciągle, spotykam takich ludzi, którzy mówią, że są nie potrzebni, czują się jakby nie byli potrzebni w naszym zespole. Jeżeli tak czujecie się, to chce, żebyście wiedzieli, że to nieprawda. Że każdy wierzący potrzebny jest w tej drużynie Bożej, w tym zespole Bożym, żeby mieć w nim swój udział.

Chciałbym teraz się powiedzieć coś o drużynach sportowych. Najpierw chciałem dowiedzieć się: ilu z was grało w jakiś sport? Lubię sporty, ale lubię wygrywać. Nienawidzę przegrywać. Czy ktoś z was nie lubi przegrywać? W cokolwiek gram, gram aż wygram. Moja żona nienawidzi tego we mnie. Bo ja gram dopóki nie wygram, a potem kończę grę. Czyli na końcu nigdy ona nie może wygrać. Więc jest taki bardzo rywalizujący. Jako wierzący, też chcę wygrywać. Zastanawiam się nad tym, czy wy też wierzycie jako liderzy w pewną rzecz, w którą ja wierzę. Wierzę, że nie mogę wygrać bez was. Tak sądzę. I wy nie możecie wygrać beze mnie. Potrzebujemy siebie nawzajem, żeby wygrać.

Powiem teraz coś bardzo radykalnego. Jezus nie umarł na krzyżu po to, abyśmy przegrali. Ale czasem wydaje się tak jakbyśmy nie wygrywali, ale przegrywali. Czyli tak, jakby coś nie działało. Jeżeli tylko kilku chrześcijan-supergwiazd czyni posługę w imieniu Jezusa, to nic się nie zmieni. Ale jeżeli cały Lud Boży zejdzie się razem i każdy znajdzie swoje miejsce, to będziemy mieli zupełnie inny obraz rzeczywistości. Widzę, że jest bardzo wielu ludzi, którzy myślą: nie jestem potrzebny, wszystko jedno co robię. To jest naprawdę nieprawda.

Podam pewien przykład. To może nie być łatwe. Czy ktoś z was zna się na amerykańskim futbolu? Ja wiem, że ciężko jest go zrozumieć. Ja uwielbiam wygrywać. Pięć lat temu byłem trenerem 13-latków, którzy grali w futbol amerykański. Byli okropni. Nie wiedziałem, co mam z nimi zrobić. Ponad połowa drużyny nigdy wcześniej w ogóle nie grała w futbol amerykański. W tej lidze istniała szczególna zasada. Każdy gracz, w każdym meczu musiał grać taką samą ilość minut. Wiecie, co to znaczy? Że nie można było wystawić tylko najlepszych graczy, czyli że wszyscy musieli grać. Ja pomyślałem: to będzie okropne. Po prostu zostaniemy upokorzeni. To nie będzie dobra zabawa. Jednym z problemów było to, że moi dwaj synowie grali w tej drużynie. I słyszeli, że ich tata był już trenerem futbolu, wiec chciałem zrobić na nich dobre wrażenie. Więc pomyślałem sobie — no nie, nic, tylko pójdzie kiepsko i nic z tego dobrego nie będzie. Mieliśmy dwóch czy trzech naprawdę dobrych graczy. Zmieniłem strategię — zastosowałem bardzo prostą strategię. Poprosiłem tych dobrych graczy w drużynie, czy pomogą mi w pracy z tymi słabszymi. Jeśli wy będziecie się zachowywać jak supergwiazdy, to zostaniemy zdruzgotani. Ale jeżeli pomożecie mi i tym nowym, słabym graczom nauczyć się, to może się nam uda. I zgodzili się, co jest bardzo niezwykłe w przypadku 13-latków. Silni pomogli słabym. I stało się coś cudownego. Zostaliśmy całkiem dobrą drużyną. Przy końcu sezonu byliśmy najlepszą drużyną w całej lidze. Pod koniec sezonu zniszczyliśmy drużynę, która na początku była uważana za najlepszą. Bo ci słabsi gracze z naszego zespołu uwierzyli w siebie i posuwali się do przodu. Bo wierzyli w to, że liczą się, że są ważni dla drużyny. Była to wspaniała lekcja, która przydała mi się jako pastorowi i liderowi.

Jest to obraz tego, jak powinniśmy wszyscy przychodzić i wnosić swoje dary. Nie tylko kilku z nas. To właśnie robi drużyna. Każdy ma swoje miejsce, każdy jest potrzebny. Każdy ma swoją rolę do odegrania. Wierzę, że w każdej drużynie, i mojej, i waszej także, jesteśmy tak silni, jak nasz najsłabszy gracz.

Druga postawa to są ci, którzy mówią: ja was nie potrzebuję. I w tym samym fragmencie Paweł mówi: oko nie może powiedzieć głowie, ani głowa nie może powiedzieć nogom — nie potrzebuję was. Wprost przeciwnie. Właśnie te części, które są najsłabsze, są najbardziej potrzebne. Czyli ci słabi muszą uwierzyć, że jest dla nich miejsce w tej Bożej drużynie, zespole. I także silni muszą wierzyć w to, że potrzebni są ci słabi członkowie drużyny. Czyli wszystko zaczyna się od właściwej postawy, przekonania, że razem możemy zrobić więcej niż sami.

Chcę coś tutaj narysować, żeby wam rozjaśnić obraz. Jeśli będziemy mieli czas, możemy dziś poruszyć także bardziej zaawansowane zagadnienia. Chcę wam narysować jak wygląda lider bez zespołu. Na pewno będziecie umieli go rozpoznać. Biorąc mnie jako przykład. Tu jest lider. Pierwszy kroko, to że ty robisz wszystko. Nikt nie jest potrzebny. Praca, praca, praca, pracujesz i równa się to śmierć, albo wypalenie. Albo brak owoców. Albo pustka. Albo frustracja.

(rys.1)

Czy jest jakiś lepszy sposób? Myślę, że jest. Więc kolejny krok: zdaję sobie sprawę, że potrzebuję pomocy. Tu jest przywódca, jest praca do zrobienia. I jest tu różnica, bo lider ma pomocników, którzy pomagają liderowi wykonywać te wszystkie posługi. Ale to jeszcze nie jest zespół. To w dalszym ciągu oznacza śmierć, wypalenie, mało owoców, pustkę i frustrację.

(rys. 2)

A teraz inny obrazek. Kiedy lider zdał sobie sprawę, że potrzebuje zespołu, więc otacza się zespołem. To już jest pewien postęp. Już jest lepiej. Ale jest jeszcze jakiś problem. Gdzie jest przywódca? — W środku! W dalszym ciągu punkt skupienia jest na nim. I ciągle efektem jest śmierć. Ciągle będzie mało owoców, ciągle będzie dużo frustracji.

(rys. 3)

I następny krok: teraz przywódca staje się częścią zespołu. Teraz zaczynamy dokonywać postępów. Teraz już przywódca jest częścią zespołu. Więc w centrum jest nie lider, tylko ktoś inny — jego imię: Jezus. Mamy już jakąś wizję. Mamy wartości. Jezus, pewna wizja, pewne wartości kierują zespołem. Nie osobowość samego lidera. Przywódca zaczyna inwestować w zespół. Każdy z osobna z członków tego zespołu staje się liderem i wytwarza swój własny zespół. I kolejny zespół. I kolejny zespół. I nagle posługa zaczyna się rozszerzać. Teraz zaczynamy mówić już o mnożeniu się posługi, która nie jest ograniczona naszą własną strukturą.

(rys. 4)

Możecie coś zauważyć, kiedy widzicie tego lidera: on prowadzi ten zespół najbliższy i nie ma bezpośredniego połączenia z tymi dalszymi liderami na kolejnych poziomach. Prowadzi konkretny zespół, ale dzieje się coś więcej, posługa rozszerza się za pośrednictwem tych członków zespołu. Tamci dalej w kręgach, też mają swoją rolę. Tamten też wzrasta. I kolejny lider też wzrasta. I taką właśnie funkcję, którą ja mam w swojej wspólnocie. Kiedy nasz Kościół składał się z siedmiu osób, a ja byłem ósmym, to właśnie miałem taka grupę. Teraz w naszej wspólnocie są trzy tysiące ludzi. Ale ciągle mam grupę ośmiu osób. A posługa dzieje się tam, na tych dalszych kręgach. I w dalszym ciągu udzielam się ośmiu ludziom. Może dla niektórych z was jest to przytłaczające, ale jest to święta prawda. Miałem ośmiu ludzi, ale tych ośmiu ludzi każdy służył innym (każdy czarny punkt na rysunku oznacza nowego lidera).

Rozpocząłem od tego, że miałem własną grupę, w którą inwestowałem, wychowując liderów. Czas płynął. Teraz to jest moja nowa grupa, a ja jestem jednym z liderów — stworzyłem jakby swoją nową grupę i to są nasi liderzy. Liderzy liderów. I oni sprawują nadzór nad kolejnymi ludźmi, którzy są pracownikami, ludźmi we wspólnocie. Może to jest trochę niejasne. Chcę uzmysłowić wam, że jeżeli istnieje taka struktura, która jest ograniczona przez to, że jest hierarchiczna, czyli to, czemu przewodzisz, nigdy nie będzie większe niż ty sam.

Chcę was czymś natchnąć. Jeśli w takiej posłudze, jak tu mówimy, chodzi tylko o Ricka, a inni mu pomagają — na tym trzecim obrazku — to jest lepiej, ale w dalszym ciągu ogranicza się to tylko do Ricka. A ten ostatni model ograniczony jest tylko przez Jezusa i przez wizję, jaką Jezus ma dla danej grupy. Czyli chodzi to o wizję, o wartości tego dzieła, do którego Jezus nas powołuje.

Jeśli waszym celem jest wspólnota sama w sobie, to ona w końcu umrze. Jeśli jednak jesteście grupą, która ma cel, to będziecie żyli. Ludzie przychodzą do Chrystusa. Dużo więcej jest w takiej grupie możliwości, w których ludzie mogą się zrealizować. Każdy ma jakąś wartość, niezależnie co robi. Tylko po prostu chodzi tu nie o Ricka, ale o Jezusa i Jego cel. I Jego serce, które ma dla świata.

Coś chcę wam powiedzieć. Potrzebna wam jest wizja przewyższająca was. Wizja, która przewyższa waszą wspólnotę. Wspólnota jest środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. W niektórych modelach wspólnoty po pewnym czasie ściany zewnętrzne robią się grube. I wy nie możecie wyjść, a ludzie nie mogą wejść. Tak wyglądają wspólnoty niektórych z was. Jesteście bliscy sobie, kochacie się nawzajem, ale celem stała się wspólnota sama w sobie. Naprawdę myślę, że Jezus chce, żebyście uwolnili się i wyjrzeli poza swoją wspólnotę, żeby odnaleźć jakąś wizję.

Na pewno pojawi się teraz parę pytań. To, o czym mówimy, to dopiero poziom pierwszy — rozwiniemy ten temat podczas warsztatów, zostańmy na razie na tym pierwszym poziomie.

Chcę wam podać charakterystykę zespołu, który odnosi sukcesy. Niezależnie, czy jest to mała grupa, zespół liderów. Jakakolwiek grupa.

Po pierwsze. Zespół musi mieć jakieś poczucie celu. Muszą rozumieć, w jaką grę gramy. Jeżeli powiem wam: chcę, żebyście byli moją drużyną. Jestem tak podniecony, będę miał drużynę. Chcę, żebyście byli w mojej drużynie. Rodzi się pytanie: ale dlaczego? Czemu mam być w twojej drużynie? Czemu mam być częścią twojej grupy? Jaki jest cel twojej grupy? Jaki jest kierunek?

Mówiąc językiem sportu — jaką wybierasz konkurencję sportową: chcesz grać w koszykówkę czy w tenisa, hokeja czy w futbol? Często gromadzimy ludzi w jakimś zespole, ale nie mamy jasności w jaką grę gramy. To jest czasem trudne pytanie, ale trzeba odpowiedzieć sobie na nie — dlaczego w ogóle ludzie mają przychodzić do waszej grupy.

Tu jest problem dla liderów. Jak ludzie maja iść za tobą, skoro ty nie wiesz dokąd idziesz. Jeżeli mówię:

- No, idźcie za mną.

Wy zapytacie: - Gdzie idziesz?

- Nie wiem - odpowiem.

To pewnie powiecie - to zdecyduj się. Jak będziesz wiedział, to wtedy może pójdę za tobą.

To jest pewien problem. Niektórzy liderzy chcą, żeby za nimi szli, ale nie wiedzą, gdzie idą. Nigdzie nie idą.

Chce to jeszcze pogłębić. Gra, w którą gramy, to gra życia. Życia albo śmierci. Duchowej śmierci, albo duchowego życia. Jeśli kogoś prosicie, aby oddał swoje życie, zaangażował swoje życie, to musi być to coś warte. I nie sądzę, że powierzenie swojego życia wspólnocie, czy jakiejś grupie, która nie ma wizji, jest warte tego. Dlaczego ktoś ma powierzać swoje życie waszej grupie?

Ale ludzie oddadzą swojej życie za sprawę Chrystusa. Czy waszej grupie zależy na tym, aby wychodzić do ludzi w imieniu Chrystusa i wychodzeniu ku załamanym, głodnym...? Jeśli wasza grupa chce zmienić ten świat dla Jezusa, tak żeby się coś zmieniło, to wreszcie zaczynamy mówić o czymś konkretnym. Mogę powierzyć, oddać swoje życie za coś takiego. Ale nie oddam swego życia grupie ludzi, którzy nigdzie nie idą.

Czyli tutaj zaczyna się właśnie pytanie dla lidera. Odtąd musi zaczynać. Musimy wierzyć w coś, co jest większe od was. Musicie wierzyć, że Pan Bóg powołuje was do czegoś, czego sami nie zrobicie. To oznacza, że wzywa was do zespołu. Są inni, którzy mają inne dary, dlatego musimy iść razem. Ale celem nigdy nie jest ani mała grupa, ani nawet Kościół.

Kiedy wiemy już w jaką grę gramy, czemu oddajemy swoje życie, pierwszą charakterystyczną cechą każdego dobrego zespołu jest... relacja. Ludzie muszą się kochać. A ci ludzie wprawdzie się kochają, ale nigdzie nie idą. [Rick rysuje na tablicy] Jeżeli rysuję linię, to już sugeruję, że zespół jest zamknięty. Grupa ludzi, którzy są razem wygląda tak: mają pewną misję, ale nigdzie nie dojdą, jeżeli każdy idzie w swoją stronę, jeżeli nie dbają, nie kochają się nawzajem. Żeby grupa była skuteczna, to musi się nawzajem kochać. Ale też razem iść w jakimś kierunku.

Czy rozumiecie? Czyli zespół, ale mający misję. Podczas tego zmagania musi się nawzajem kochać. Zespoły, które nie są powiązane ze sobą, nigdzie nie dojdą. Jezus poświęcił pewien czas, żeby właśnie związać swoich ludzi ze sobą. Swój zespół.

Na początku uczniowie Jezusa nawet się nie znali nawzajem. Pewnie nawet się nie lubili. Naprawdę były tam przeciwieństwa osobowościowe. Mateusz był celnikiem, urzędnikiem rządowym. Szymon był gorliwcem, czyli był przeciwko rządowi. Mamy dwóch ludzi — jednego, który pracuje dla rządu, drugiego, który nienawidzi rządu. A Jezus mówi: musicie się kochać. Chcę, żebyście nawiązali relację, żebyście byli razem.

Ludzie z przyjaciółmi zdecydują się zrobić trudne rzeczy. Czyli musimy się zaprzyjaźnić. Wierzycie w to? Ale w naszym kraju chrześcijanie są dla siebie obcy. Nie ma poczucia zespołu, bliskości, wspólnoty. Kultura amerykańska jest okropnie indywidualistyczna. Okropnie. Ludzie nie sądzą, że kogokolwiek potrzebują. Myślą, że wszystko mogą zrobić sami. Ktoś powiedział taką anegdotkę, żeby zobrazować, jak potrzebujemy się nawzajem. Było dwóch ludzi w łódce. Zrobiła się dziura i zaczęła napływać woda do łódki. I jeden z tych facetów mówi: cieszę się, że ta dziura jest nie po mojej stronie łodzi. Cieszę się, że jest bardziej po tamtej stronie. Rozumiecie o co chodzi? Płyniemy tą samą łódką. Jeśli dziura jest po twojej stronie, to ja i tak utonę. Musimy pracować razem.

Drugą cechą charakterystyczną jest, że członkowie zespołu wiedzą, co jest ważne, mają wspólny cel. Jeżeli choćby jeden gracz nie wiedział o co chodzi, nie znał celu, będzie miało to wpływ na cały zespół.

Na przykład europejski futbol. Powiedzmy, że ktoś nam teraz każe grać teraz w futbol. Wchodzimy na boisko, ale nie wiecie, o co chodzi w futbolu. Może wiecie, że trzeba kopać piłkę po boisku, ale nie rozumiecie, że trzeba kopać ją do bramki. Więc możemy oczywiście bardzo się starać grać, kopać tę piłkę, ale przegramy. Bo to nie chodzi tylko o samo granie, o grę, ale chodzi o to, żeby wkopać tę piłkę do bramki. To trzeba wiedzieć. Czyli musimy wiedzieć, jaki jest nasz biznes. Tak samo, gdy gracie w koszykówkę, możecie przedryblować po całym boisku, ale trzeba w końcu rzucić piłkę do kosza.

A teraz trzecia cecha: komunikacja.

Twarda i szczera rozmowa pomiędzy członkami jest konieczna. Bóg jest szczery z nami. Ludzie muszą czuć, że mogą bezpiecznie zadawać pytania. I mogą stawiać pewne trudne pytania bez poczucia zagrożenia. Będę jeszcze później mówił o koncepcji zaufania i lojalności.

Co do zespołu Jezusa: jak komunikowali się uczniowie Jezusa? Czy oni się bali zadawać pytania Jezusowi? — „Tak... nie... ale..., Jezu, nie gniewaj się, ale ja mam pytanie... Ja wiem, że to jest głupie... i nie powinienem pytać, ale...” Wcale nie taka była atmosfera w zespole Jezusa. Ludzie zadawali głupie pytania bez przerwy. A on właśnie nigdy nie powiedział: „ale głupie pytanie Piotrze!” Zadawali pytania: „A co z tym?” „Dlaczego tak robisz?” „O co tu chodzi?”

W zdrowym zespole ludzie nie boją się zadawać pytań. W ten sposób wzrasta zespół. Czyli zdrowy lider pozwala ludziom zadawać pytania. Można powiedzieć: nie rozumiem — powtórz. I nie wynika z tego, że lider zaraz będzie mówił: jesteś nielojalny, bo zadajesz jakieś pytania, nie ufasz mi. Co to ma w ogóle do zaufania? Po prostu mam pytanie. Dlatego komunikacja jest ważna. Jezus zawsze chętnie przyjmował pytania.

Czwarta cecha: chemia zespołu.

Nie wiem, czy rozumiecie, co to znaczy. Chodzi o to, że ludzie znają i szanują nawzajem swoje siły i słabości. Zdrowy zespół wierzy, że każdy członek jest ważny. Nie tylko lider, nie tylko jeden czy dwóch. I pragną także, żeby zrobić wszystko, co jest konieczne, żeby odniósł sukces ten zespół.

W każdym zespole atletycznym zazwyczaj jest kilka supergwiazd, bardzo dobrych zawodników. W Ameryce np. w NBA, w koszykówce, jeżeli drużyna ma same supergwiazdy, to nigdy nie są najlepszą drużyną. Mają najlepszych graczy, ale nie wygrywają mistrzostw. Bo nie chodzi tylko o najlepszych graczy, ale chodzi o to, że gracze pomagają sobie nawzajem być lepszymi. I to jest właśnie ta chemia. Czy tak jest w waszym zespole? Że członkowie waszych zespołów pomagają stawać się lepszymi? To jest ważne pytanie.

Piąta cecha charakterystyczna: członkowie swoje własne potrzeby i to co jest dla nich ważne, potrafią podporządkować temu, co jest ważne dla zespołu.

Jest to postawa, która mówi: nie chodzi o to, co zespół może zrobić dla mnie, ale co ja mogę zrobić dla zespołu. Bo wierzę, że jest jakiś cel, jakiś kierunek. Więc chcę być tam, gdzie tylko potrzebuję być, aby ten zespół był lepszy. Wymaga to pokory.

Nie każdy zgodzi się to robić. „To jest mój dar, moja posługa i to będę robił”. Ale można powiedzieć, że to nie jest to, czego potrzebuje od ciebie właśnie teraz zespół!

W Fort Collins, gdzie mieszkam, zawsze wymagam od swoich liderów, żeby robili to, co Bóg chce od nich. Mówię, że wiem, że nie jest to, co normalnie robi, ale ze względu na zespół, chcę, żeby to robił przez jakiś czas. Tak naprawdę mówiłem.

Jeden z naszych liderów, Jack, lubi małe grupy i budowanie zespołu. Ale potrzebowaliśmy kogoś, kto by wyszedł w naszej posłudze do biednych. Jack mówi: „nigdy tego nie robiłem wcześniej”. „Nie wiem jak to robić. Ja lepiej prowadzę małe grupy”. Ale powiedział: „ale Rick, jeżeli chcesz, abym to robił dla zespołu, to zrobię to”. Takie właśnie nastawienie tworzy dobry zespół. To było cztery lata temu. Obecnie przesunęliśmy Jacka z tej dziedziny wychodzenia do biednych z powrotem do tego, na czym mu zależy, czyli do małych grup. Bóg powołał nową osobę w naszym zespole, która skoncentrowana jest na zewnętrznych posługach wspólnoty.

Rozumiecie? Dzięki temu cały czas powodziło się temu zespołowi, bo ludzie się zgadzają robić wszystko, co trzeba, żeby zespół odniósł sukces. Dlaczego? Bo wierzymy w to, co robimy, wierzymy w przyczynę, dla której istnieje zespół. Chcemy wygrać, nie przegrać.

Zadam wam pytanie. Czy członkowie waszego zespołu, waszej wspólnoty cenią sobie wyżej sukces zespołu, niż osobiste osiągnięcia? Niektórym ludziom po prostu na tym nie zależy, wystarczy, że robią swoje i nie obchodzi ich reszta, wspólnota. I nic się wtedy nie zmieni.

Numer szósty: członkowie zespołu gotowi są zapłacić cenę. Dlaczego ktoś znowu ma płacić jakąś cenę? Bo jest to coś warte! Jeżeli wierzą w coś, muszą za to płacić cenę.

Sukces nigdy nie przychodzi bez zapłacenia ceny — oddania, poświęcenia. Słuchajcie teraz uważnie. Czasami liderzy są bardzo zaangażowani, ciężko pracują, ale niszczą innych w zespole, bo inni nie pracują tak ciężko jak oni. Zrozumcie, że prowadzimy innych ludzi poprzez swój przykład. A nie tłuczemy ich, żeby stali się tacy, jak my chcemy. To jest taka różnica jak między krowami a owcami.

Macie w Słowacji jakieś owce? To wiecie, jak to jest z pasterzami. Pasterze są zawsze przed owcami. Oni prowadzą owce, a za owcami są owczarki. Pasterz je prowadzi. Macie jakieś bydło? Chyba tak. Zauważyliście, że poganiacz jest na innym miejscu, odwrotnie niż pasterz. Bo poganiacz idzie za bydłem i pierze je po tyłkach, żeby się ruszało.

Ale niestety liderzy są czasem jak poganiacze bydła, a nie jak pasterze. Czy idziecie za owcami i tłuczecie je od tyłu, a one nie idą nigdzie? Nie wiem czy to był dobry przykład, ale na pewno obrazowy. To taka mała dygresja, ale wracam do naszej kwestii.

W zespole sukces czy też porażka zawsze sprowadza się do jakiejś ofiary: czasu, energii czy pieniędzy — to wracając do tego punktu — jaka jest cena? Krew i pot, łzy, to normalne składniki zespołowego sukcesu.

Nie da się wygrać bitwy bez przekonania, że warto poświęcić się dla niej. Musimy być przekonani, że to, co robimy, jest warte wszystkiego. Czasami jest to ciężka praca. Ja chciałem rzucić to wszystko, więcej razy, niż można policzyć na palcach. Były takie chwile, gdy byłem tak zniechęcony, tak zmęczony, tak sfrustrowany wszystkim, sobą samym, moim zespołem, Bogiem, a jednak nie mogę rzucić tej pracy. Bo widzę, jaka jest cena.

Nie mogę z serca wyrzucić ludzi, którzy jeszcze nie poznali Jezusa. I wierzę, że jesteśmy nadzieją dla świata. Tak! Wy i ja. Wspólnoty, które tworzymy. To jest jedyną nadzieją dla świata. Chociaż jesteśmy pokręceni, mamy tyle problemów. Mamy tyle podziałów między sobą. Pomimo wszystkich tych rzeczy i tak jesteśmy najlepszą nadzieją dla całego świata. Więc nie mogę dać sobie spokoju. Bo tylko to się liczy. I dlatego ciągle walczę. Dlatego jestem tutaj. Dlatego chcę was zachęcić: nie możemy dawać za wygraną. Świat potrzebuje Jezusa. Rozumiecie? Świat potrzebuje Jezusa. Gdzie znajdą Jezusa? Gdzie jest Jezus? Jest w swoim ludzie. Ale jeżeli jego ludzie trzymają się tylko sami w swoim towarzystwie, jeśli wyglądamy - o w taki sposób — za zamkniętym murem, to jak ludzie mają znaleźć Jezusa? Oni nie mogą Go znaleźć. Oni nie widzą go. Czyli musimy wyjść sami z siebie — do pewnego stopnia i pozwolić, żeby nasze życie świeciło, żeby ludzie mogli zobaczyć Jezusa.

Ostatnie dwa: lojalność i zaufanie. Troszeczkę tylko powiem. Będę chciał głębiej pomówić o tym z wami, bo często to słyszę na Wschodzie. Kiedy my słyszymy słowo lojalność, to chyba coś innego znaczy dla nas niż dla was, tutaj na Wschodzie. No, ale tak czy inaczej — lojalność, zawierzenie jest potrzebne, żeby wygrać bitwę.

Kiedy walczę, muszę wiedzieć, że mogę liczyć na was, że będziecie do mojej dyspozycji. Wiem, że kiedy ktoś przyjdzie i zacznie na mnie rzucać oszczerstwa, to staniecie po mojej stronie.

Jeśli ma się nam udać, musimy stać razem. Jeden obok drugiego, ramię w ramię i plecy w plecy. Nie muszę bać się o swoje plecy, bo wiem, że ktoś je chroni od tyłu, gdy ty stoisz za mną. Wiem, że jak się zrobi trudno podczas bitwy, to ty nie uciekniesz. Potrzebujemy siebie, musimy wierzyć w siebie nawzajem. Musimy stać razem ze sobą. Zwłaszcza jeżeli ktoś kłamie — szatan przychodzi kłamać o jakiejś osobie. Wtedy lojalność polega na tym, że gdy ktoś mówi coś złego o drugim, to ja odpowiadam: ja nie wierzę w to. Ja chce wierzyć w to, co jest dobre w tobie. Miłość wierzy w to, co jest najlepsze.

Opowiem jeszcze taką historię. W naszym mieście był lider bardzo dużej wspólnoty. Ktoś przyszedł do niego i mówił mu straszne rzeczy, które słyszał o mojej wspólnocie (Vineyard). I przyszedł do mnie z tą sprawą. Ale powiedział coś takiego, co na zawsze zmieniło naszą relację. Powiedział mi to, co odpowiedział tej osobie, która oskarżała nasz zbór. Powiedział jej: „nie wiem o tych wszystkich rzeczach, które mi teraz opowiadasz, ale Rick Olmstead jest moim przyjacielem. I kocham jego zbór. I wierzę w Ricka i stoję po jego stronie.

Kiedy on mi to powiedział, ja wybuchnąłem płaczem. Nie byłem do tego przyzwyczajony. Nikt w moim życiu wcześniej tak nie stanął po mojej stronie. On nic w końcu przecież nie wiedział, ale odmówił przyjęcia tych oskarżeń. Nie chciał, żeby w ten sposób oddzielono go ode mnie.

Jak sądzicie, co to spowodowało, jaką postawę we mnie. Jak myślicie? Jak sądzicie, co jest teraz między mną, a tym człowiekiem, Derrym? No jak sądzicie? Zaufanie? Jak sądzicie, co teraz się stanie, gdy ktoś przyjdzie do mnie i zacznie opowiadać jakieś rzeczy o Derrym, liderze tamtej wspólnoty? Jak sądzicie, co ja zrobię? Zrobię to samo, co on zrobił dla mnie.

Liderzy, słuchajcie: Nie otrzymasz lojalności, jeśli sam nie okażesz się lojalny. Jeśli nie będziesz stawał za ludźmi ze swojego zespołu, to oni nie będą stać za tobą. Nigdy lider nie otrzymuje lojalności, kiedy mówi, że wymaga jej od swoich członków. Lojalność i zawierzenie jest czymś, na co trzeba sobie zasłużyć. Jako lider nie masz prawa żądać lojalności, tylko dla tego, że jesteś liderem. Jako lider nigdy bym nie zażądał całkowitego oddania od nikogo. Jestem w posłudze 30 lat. I przez te 30 lat ani razu nie poprosiłem kogoś o jego lojalność. Nigdy nie powiedziałem tak: „musisz to zrobić, bo tym udowodnisz, że jesteś lojalny”. A jednak ludzie, którzy współdziałają ze mną są najbardziej lojalnymi ludźmi, których spotkacie w swoim życiu. Powiem wam też: oni powiedzą: „Rick staje za nami. Wierzy w nas. Nie rezygnuje z nas”.

Ale były sytuacje, w których ludzie stali się nielojalni i tu nie ma żadnych gwarancji. Zdarzyło się tak w zeszłym roku. Dwaj nasi członkowie okazali nielojalność, członkowie zespołu kierowniczego. Ale byli nielojalni dlatego, że mieli niewłaściwą relację do siebie jako mężczyzna i kobieta. Pogwałcili moje zaufanie. I złamali mi serce. I złamali też serce całego zespołu. Niemal na pół rozdzielili cały zespół. I zauważyłem, że wszyscy byli tacy załamani, bo wiedzieli jak dla mnie ważne jest takie zaufanie. Okazało się, że tamci kłamali w stosunku do mnie. Przez cały rok kłamali. Ja mówiłem do nich o relacjach. Raz za razem. Zależało mi na tym. A oni : tak, rozumiemy. Nic złego nie robimy, znamy granice. Więc wierzyłem im. A oni nadużyli tego zaufania. Więc tak też się zdarza. Są takie sytuacje w życiu lidera, że ktoś nadużyje waszego zaufania. Ale i tak będę dalej wierzył. Bo chcę przeżywać swoje życie wierząc ludziom. Bo twoi ludzie potrzebują, aby im wierzyć, ufać. Trudno jest wierzyć, jeżeli ktoś okazał się niegodny zaufania, prawda? Ale jeśli nie chcesz wierzyć ludziom, to ludzie nie będą wierzyć sobie nawzajem.

Wierzenie ludziom jest zawsze ryzykiem. Naprawdę. Widziałem wielu liderów, którzy wszystko próbują trzymać w swoim ręku, nikomu nie ufają. Nie chciałem, żeby to tak poważnie zabrzmiało, ale jest to realna rzecz, przed którą stajemy. Jeśli wam się coś takiego zdarzyło, to podnieście rękę do góry.

Pamiętajcie. Ruch uliczny jest dwukierunkowy, a liderzy zawsze idą na przedzie.

Ostatnie, zanim będziemy mieli krótką przerwę: chciałem teraz mówić o delegowaniu, czyli o posyłaniu ludzi do jakiś posług. Potem będziecie mi mogli zadać dowolne pytania, jakie wam przyjdą do głowy.

Specjalnie powiedziałem o tej parze, która miała ze sobą romans w naszym zespole, bo nie chcę tutaj odgrywać jakichś gierek i pokazywać, że wszystko jest doskonałe w mojej wspólnocie. Szkoda, że nie mogłem powstrzymać tego, co się stało, ale tak po prostu się stało.

Ostatnia cecha zespołu odnoszącego sukcesy. Takie zespoły, które mają sukcesy, mają z tego radość.

Często jesteśmy tacy poważni, że nigdy nie mamy z tego radości. Kiedy ostatni raz wam się zdarzyło, że spotkaliście się i było wam miło razem i mogliście zaszaleć? Bez biznesu, bez modlitwy.

Lubię zabierać czasami nasz zespół na walki laserów. Nie wiem czy tutaj jest coś takiego, ale w Pradze jest takie miejsce, gdzie można toczyć te walki laserowe. Kto nie wie, co to są walki laserowe? Wyjaśnię. Jest całkiem ciemne miejsce, strzelacie światłem laserowym przez cały pokój, pomieszczenie, a jak was trafi, to się odzywa dźwięk. No i cały nasz zespół — jest czerwony i niebieski zespół — i są różne przedmioty, za którymi można się chować i przez dziesięć minut strzelacie do siebie.

Od czasu do czasu cały nasz zespół idzie sobie postrzelać — czasem nawet trzydziestu ludzi. I urządzamy takie laserowe strzelaniny, strzelamy do siebie, śmiejemy się i ogólnie dobrze się bawimy. Czasami idziemy na kręgle, czasami idziemy razem na film. Nigdy nie mamy z tego powodu poczucia winy. Elementem takiego zespołu odnoszącego sukcesy jest umiejętność zabawy.

Zdarza się zawsze parę takich małych grup, które nie chcą się bawić, chcą być z Panem. Nawet jak idziemy na taką zabawę z laserami, to też chcą się najpierw modlić. A tutaj trzeba powiedzieć, że naprawdę teraz się nie modlimy, tylko się bawimy. Panu Bogu to naprawdę nie przeszkadza, że się razem bawimy. Dzięki temu poznajemy się nawzajem.

Czasami trzeba się nad tym trochę natrudzić. Nie chcę, żebyście myśleli, że tak łatwo jest się bawić. Niektórym z was łatwo przychodzi zabawa. Ale czasem życie jest tak napięte, że zapominamy, że jesteśmy przecież ludzkimi istotami. Nie jesteśmy istotami duchowymi, ale po prostu jesteśmy ludźmi. Tymczasem mamy poczucie winy za każdą chwilę, kiedy nie jesteśmy strasznie duchowi. Zwłaszcza już jako liderzy.

Zdrowe zespoły potrafią się bawić razem. Znajdywać sposoby, żeby się bawić. Więc ci, którzy tutaj mieszkacie: jedźcie sobie do Pragi i weźcie udział w takim pojedynku laserowym, będziecie się dobrze bawić. Będziecie lepszym zespołem. Oczywiście ten zespół, który przegrywa w takim pojedynku nie będzie lepszym zespołem. Jedno ostrzeżenie, jeśli bardzo chcecie wygrywać: gdy będziecie w to grali, to nie rozdzielajcie mężczyzn od kobiet, bo jak dacie broń w ręce kobiet — to okazuje się, że wtedy zawsze mężczyźni przegrywają.

Nie możemy tego zrozumieć, jak to jest, że mężczyźni przegrywają w pojedynku z bronią palną, laserami. Ostatnim razem zrozumieliśmy, dlaczego przegrywamy. Bo gdy się spotykają mężczyźni, to mówią: na pewno wygramy z kobietami. A kiedy kobiety się spotykają, więc one naprawdę robią plany. One po prostu rozplanowują całą walkę. My po prostu to robimy, a one najpierw planują jak mają to robić. Czasem naprawdę kobiety są bardziej rywalizujące. Czasem krzyczą — „nie, już jestem nie żywa, już nie strzelaj do mnie”.

Wiedzcie, że kiedy ze sobą pracujecie, to czasem trzeba też porządnie się pobawić.

Chcę jeszcze powiedzieć, dlaczego niektórzy liderzy nie umieją przekazywać innym zadań. Jest to kwestia, która dotyka wszystkich liderów i zespołów. Jeśli chcesz budować zespół, musisz powierzać ludziom posługi, odpowiedzialności. Pierwsza rzecz to brak poczucia bezpieczeństwa. Niektórzy liderzy czują, że jeśli wszystkiego nie kontrolują, to nie wykonują dobrze swego zadania. Niektórzy obawiają się, że utracą swoją posługę, bo może ktoś wykona ją lepiej od nich. Więc nie pozwalają innym nawet spróbować, bo się boją, że coś utracą.

Drugą przyczyną, dla której nie powierzają innym obowiązków jest to, że nie wierzą, nie ufają innym ludziom. Nie wierzą, że inni ludzie są wystarczająco kompetentni, żeby wykonać pracę, tak więc nic im nie powierzają. Swoją drogą: kiedy powierzamy innym odpowiedzialność, nie powierzamy wszystkiego na raz. Oddajemy odpowiedzialność w małych kawałkach, coraz więcej i więcej.

Trzecim powodem, dla którego nie oddajemy innym odpowiedzialności jest to, że nie wiemy, w jaki sposób przygotowywać ich do wykonywania danej pracy. Tak więc dajemy ludziom zadanie, do którego nie są przygotowani i nie udaje im się go zrealizować.

Czwartym powodem, dla którego nie przekazujemy odpowiedzialności jest to, że tak bardzo lubimy to, co robimy, że nie chcemy tego oddać. Mam taki problem, że lubię tak różne rodzaje posługi, tak więc trudno było mi w ciągu minionych lat oddawać fragmenty mojej posługi innym. Ważne jest, że nie mamy robić wszystkiego, co lubimy.

Kolejnym powodem jest przyzwyczajenie. Jest to pewne błędne koło: robicie to, czego was nauczono i jest to wszystko, co robicie. Tak właśnie jest w przypadku wielu z was. Naprawdę widzę tu, że Boże serce jest z wami: robicie rzeczy, których nikt nie robił wcześniej. Jesteście dalej niż wszelkie udzielone wam wcześniej odpowiedzi. Nie ma wokół was nikogo, kto wie więcej od was. Jesteście więc pionierami. Naprawdę. Jesteście pionierami całkiem nowego rodzaju przywództwa. Tak więc część z tego co robicie, robicie, ponieważ nie widzicie żadnej innej możliwości, robicie to, co macie przed oczami. Mam zamiar pokazać wam różne sytuacje, tak żebyście trochę oszaleli, żebyście musieli zacząć myśleć.

Szóstym powodem jest to, że nie możecie znaleźć nikogo, kto chciałby to robić. Ważne jest to, żeby nie czekać z delegowaniem do momentu, w którym już koniecznie musisz to zrobić. W naszej wspólnocie odkryliśmy, że nikt nigdy nie czuje się powołany do opiekowania się dziećmi (niemowlętami). Czasem, kiedy znajdziemy kogoś, kto zgodzi się to robić, mówimy: „proszę, rób to, bo już naprawdę nie umiemy sobie poradzić”. Zasadniczą sprawą jest to, żeby zawsze z wyprzedzeniem wyszukiwać ludzi, którzy będą mogli kiedyś wykonywać potrzebne zadania. Zawsze! Zawsze musisz starać się szukać ludzi, którzy będą mogli robić to, co ty robisz teraz — czy jest ktoś inny, kto może to zrobić. Zrozumcie: okradam ludzi z posługi, jeśli robię to, co oni mogą robić. Okradam ludzi! Niektórzy z was może będą zakładać wspólnoty. Od samego początku miejcie szeroką perspektywę, szukajcie ludzi i dawajcie im możliwość działania. Bo wtedy ty będziesz mógł robić to, co tylko ty umiesz robić.

Jeszcze jeden powód: ze względu na przeszłe niepowodzenia. Ponieważ poprzednim razem wybraliśmy złą osobę i wydarzyła się katastrofa. Ja sam wiele razy wybierałem niewłaściwych ludzi do danych zadań. Wiecie, jak się czuję? Mówię sobie: już łatwiej będzie zrobić to samemu. Delegowanie zadań to taka ciężka praca, a jeszcze zadanie jest źle wykonane, więc łatwiej będzie, jeśli po prostu zrobię wszystko sam. To jest pułapka. Na początku jest to cięższa praca, ale później przychodzi ulga. Kiedy wychowuję moich liderów, muszę poświęcić im wiele czasu, zanim powierzę im posługę. Wiele telefonów, wiele spotkań. Rozmowy w kółko — jak ci idzie, jak się sprawy mają, pomaganie im, żeby szło dobrze.

W pierwszych dniach naszej wspólnoty ja sam robiłem wszystko. Z wyjątkiem pracy przy dzieciach. Nauczałem, prowadziłem uwielbienie. Prowadziłem małe grupy. Wykonywałem wszystkie zadania awaryjne. Kierowałem wszelkimi posługami na zewnątrz wspólnoty. Przepisywałem na maszynie program zajęć. Robiłem wszystko. A 20 lat później nie robię żadnej z tych rzeczy, z wyjątkiem kierowania moim zespołem duszpasterzy. Nie stało się to z dnia na dzień, ale po 20 latach mój Kościół, moja wspólnota funkcjonuje całkowicie dobrze, kiedy fizycznie nie jestem w niej obecny, kiedy jestem tutaj. Powoli się uwalniałem z tych aktywności, z wyjątkiem tej jednej — że jestem potrzebny jako lider. Nie czuję się tu zagrożony, jestem szczęśliwy, że ludzie pracujący ze mną są tak dobrzy.

Dorzucę tu jeszcze jedną, bardzo ważną myśl. Jeśli chcecie odnosić sukcesy jako lider, musicie wiedzieć, że dobry lider jest gotowy wychowywać ludzi, którzy są bardziej obdarowani niż on sam. Jest to pułapką, że niektórzy liderzy boją się tego. Jest to postawa „ja to zrobię najlepiej”. „Żeby coś było zrobione porządnie, muszę to zrobić sam”. I co się wtedy dzieje? Jeśli delegujesz zadanie i nie jest ono dobrze wykonane, masz poczucie, że to rzuca złe światło na ciebie samego. Kiedy delegujesz posługę ludziom, są okresy, w których jest gorzej, zanim zacznie być lepiej. Musisz pozwolić, żeby tak było. Bo w końcu będzie lepiej niż, gdybyś robił to sam.

Mówiłem wam, że w naszej wspólnocie wykonywałem wszelkie posługi. A teraz każdy, kto wykonuje jakąś posługę, robi to lepiej, niż mógłbym to robić sam. To jest nowy czas. Są lepsi w każdej dziedzinie. Z wyjątkiem tego, co ja sam robię. To, co się stało, jest wspaniałe, ale żeby to się stało, musisz ufać ludziom.

Jeszcze jedna rzecz, zanim przejdziemy do pytań. Powodem może być brak czasu. Ale jest tak, kiedy myślimy w kategoriach krótkoterminowych, zamiast w długiej perspektywie.

Teraz pytania.

(...)

Tłum. Maciej Górnicki (Gliwice)


Rick Olmstead jest pastorem Ft. Collins Vineyard Christian Fellowship jednego z żywych, wzrastających, wolnych kościołów charyzmatycznych. Zarówno ja osobiście jak i Bruce Clewett oraz Johannes Huger znamy Ricka i jego żonę Becky od wielu lat i możemy zapewnić nie tylko o jego kwalifikacjach dojrzałego lidera ale również o sile chrześcijańskiego charakteru i ekumenicznej wrażliwości.

W imieniu komitetu kierowniczego ENC — Johannes Fichtenbauer